27 września 2016

Moc czarnej maski z glinką L'oreal Paris

Moimi ulubionymi maskami glinkowymi (poza tej przygotowanej własnoręcznie z suchej glinki) były od zawsze te pakowane w jednorazowe saszetki z Ziaji. Taniutkie, dostępne na wyciągnięcie ręki niemal w każdej drogerii, dające świetne efekty. Gdzieś tam z tyłu głowy krążyła mi myśl, że byłoby świetnie mieć taką maskę zamkniętą w ładnym słoiczku, który byłby nieco wygodniejszy i cieszący oko. 


Czarna maseczka bardzo łatwo daje się nałożyć na twarz - ma idealną konsystencję, dzięki czemu nie spływa nam ze skóry, a bardzo szybko przylepia. Z łatwością możemy kontrolować grubość warstwy maski, gdyż nawet jeśli chcemy jej odrobinę więcej dołożyć, nic się nie rozmazuje, a jedynie ładnie razem scala. Takie "zachowanie" maseczki bardzo mnie zaskoczyło i jest naprawdę innowacyjne, gdyż do tej pory nie spotkałam się z taką wygodą aplikacji. 


Maseczka zasycha na twarzy, mocno ją ściągając, co jest typowe dla glinek. To uczucie ściągania skóry jest znacznie mocniejsze, niż we wszystkich maskach, jakie do tej pory miałam, ale ja bardzo łatwo sobie z tym radzę, spryskując maseczkę wodą termalną w spray'u. Kiedyś dowiedziałam się, że maskom z glinką nie można pozwolić na wyschnięcie na twarzy, gdyż suche maski nie oddają nam swoich właściwości, wysuszają skórę i nie absorbują toksyn z organizmu. Dziwne, że producenci o tym nie wspominają na opakowaniach, a często wręcz zalecają poczekać do całkowitego wyschnięcia...



Maska ta działa świetnie - pięknie oczyszcza skórę, wygładza, matuje. Sprawia, że już po zmyciu nasza skóra wygląda zdrowiej i promiennie. Makijaż na nią nałożony jest znacznie piękniejszy, a w dodatku dłużej zachowuje swoją świeżość i trwałość. Maska po kilku użyciach znacznie zmniejsza widoczność porów, usuwając zaskórniki. Jak dla mnie jest ona rewelacyjna pod każdym względem i będę stale gościć ją w mojej łazience!


Maski z glinką używam często, bo uwielbiam to, jak dokładnie oczyszczają i pielęgnują moją cerę. Bardzo ucieszyłam się, że L'oreal wprowadza na rynek maskę z glinką, w dodatku w tak ładnym, wygodnym i eleganckim opakowaniu - do tej pory na rynku raczej łatwo dostępne były tylko różne maseczki w formie saszetek. Taki solidny słoiczek, charakterystyczny dla marki, niezwykle uprzyjemnia użycie i cieszy oko, a co najważniejsze - pozwala zużyć maskę do końca. Nic się nie zmarnuje - nie to, co w przypadku wspomnianych saszetek.

Cena może nie zachwyca, bo kosztuje 34,99 zł za słoiczek 50 ml, warto więc upolować ją w promocji :) Ale nawet jeśli porównamy stosunek jakości do ceny regularnej to i tak jest ona warta zakupu.

22 września 2016

Eyeliner bardzo precyzyjny - Rimmel Scandaleyes Micro Precision

Trudno mi powiedzieć, czy wolę eyeliner w pisaku, czy w pędzelku. Posiadam w swoich zbiorach oba rodzaje i co jakiś czas zmieniam swoje preferencje, bo tak naprawdę w każdej z tych kategorii znajdą się eyelinery, którymi maluje się łatwo i przyjemnie, a także takie, które nie nadają się do niczego. Najważniejsza dla mnie jest właśnie łatwość i precyzja malowania - lubię kreskę delikatną, cienką, z ładną jaskółką, a taką chyba zrobić najtrudniej. Dlatego tylko te eyelinery, które pozwolą mi na precyzyjne malowanie, mają szansę podbić moje serducho. Taki właśnie okazał się eyeliner Timmel Scandaleyes Micro Precision, który otrzymałam w ramach Programu Nowości drogerii Rossmann, gdzie wkrótce pojawi się na półkach :)


Eyeliner ten zachwycił mnie dwiema bardzo istotnymi cechami - jest to najbardziej precyzyjny eyeliner, jaki miałam, a jednocześnie najbardziej trwały. Zdał nawet najtrudniejszy egzamin, jako element makijażu na wesele - przetrwał cały dzień i całą noc w nienaruszonym stanie!

Jeśli chodzi o precyzję, to jest ona na tak wysokim poziomie dzięki idealnemu pędzelkowi - cieniutkiemu i elastycznemu. Delikatnie wygina się on pod naciskiem, więc nie jest typowym, sztywnym pisakiem, a raczej kompromisem między nim, a pędzelkiem. Myślę, że to idealna forma aplikacji dla osób, które dopiero zaczynają przygodę z malowaniem kresek, bo na pewno bardzo ułatwia namalowanie idealnej. Dzięki takiej końcówce możemy wyczarować na powiece zarówno cieniutką, subtelną kreseczkę, jak i nieco grubsze, kocie oko. Z łatwością też namalujemy perfekcyjną jaskółkę w kąciku oka. Dla mnie to strzał w dziesiątkę!


Eyeliner, oprócz łatwości stosowania i precyzji, gwarantuje nam bardzo dobrą trwałość. Nie rozmazuje się, nie odbija na powiekach, nie kruszy, ani nie tworzą się prześwity. Spokojnie wytrzymał na moich powiekach cały dzień i całą noc, dlatego 24h obiecane przez producenta to nie są słowa rzucone na wiatr :) Kosmetyk błyskawicznie zastyga na powiece i w takiej formie pozostaje z nami na naprawdę bardzo długo.



Nie skłamię, jeśli powiem, że to najlepszy i najwygodniejszy eyeliner, jaki miałam.

13 września 2016

Różany tonik do twarzy Evree czyli ukojenie cery wrażliwej

Podarowany mi przez moją mamę, był strzałem w dziesiątkę. Chociaż sama być może nie zwróciłabym na niego uwagi, bo uznałabym, że nie jest mi do końca potrzebny, teraz nie mogę się z nim rozstać. Błyskawicznie koi, łagodzi i nawilża moją skórę po demakijażu, a w dodatku daje uczucie odświeżenia. Mowa oczywiście o dość słynnej już nowości - różanym toniku do twarzy Evree do skóry suchej i mieszanej.


O jego największych zaletach wspomniałam już wyżej - pokochałam go właśnie za to, że jako ostatni krok demakijażu, fantastycznie koi, łagodzi i uspokaja skórę. Po zmyciu makijażu żelem do twarzy, spryskuję tonikiem twarzy, a następnie albo pozostawiam go do wyschnięcia, albo ścieram go delikatnie płatkiem kosmetycznym. Producent sam zaleca stosowanie w ten sposób - zdecydowanie nie należy go psikać na waciki, bo tracimy bardzo dużo właściwości odżywczych kosmetyku. Dwa składniki toniku - woda różana i kwas hialuronowy - sprawiają, że skóra staje się elastyczna i wygładzona. Jest delikatny i odpowiedni dla każdego typu skóry - zwłaszcza dla suchej i wrażliwej. Niweluje podrażnienia czy uczucie ściągnięcia skóry, które często pojawia się po oczyszczaniu i przywraca jej naturalne pH. W gorące dni rewelacyjnie sprawdził się u mnie jako mgiełka odświeżająca. Nie zawiera parabenów, silikonów, olejów mineralnych czy parafiny. 




10 września 2016

Calypso Beauty Brush - wrażenia po dwóch latach stosowania szczoteczki elektrycznej do twarzy i ciała

Zawsze bardzo dużą uwagę przywiązywałam do oczyszczania twarzy - zwykłe zmycie makijażu płynem micelarnym mi nie wystarczało, wieczorem koniecznie musiałam użyć również żelu do mycia twarzy. Tylko wtedy mogłam czuć się świeżo, komfortowo i mieć pewność, że moja skóra jest dobrze oczyszczona. Wiele razy chodziło mi po głowie, by skusić się na elektryczną szczoteczkę do twarzy, ale ceny takich urządzeń mnie odstraszały. Aż pewnego dnia taka szczoteczka znalazła się w moim pudełku z Programu Nowości drogerii Rossmann i z ogromną ciekawością zabrałam się za testowanie.



Co myślałam na początku?
Muszę przyznać, że na początku byłam rozczarowana. Dlaczego? Choć końcówki zarówno do twarzy, jak i ciała, wydawały się na pierwszy rzut oka, 'na sucho', bardzo przyjemne w dotyku i miękkie, to jednak w czasie używania okazały się zupełnie inne. Jestem posiadaczką wrażliwej cery, więc szczoteczka okropnie drapała mnie po buzi. Mycie nią twarzy nie było przyjemne, a  w dodatku mocno podrażniło moją skórę, przez co piekła i była czerwona przez kilka godzin po użyciu. I chociaż skóra ciała jest mniej wrażliwa niż ta na twarzy, w tym przypadku było bardzo podobnie - na łydkach, udach czy stopach ból nie był odczuwalny, ale już w bardziej wrażliwych miejscach, jak brzuch, dekolt czy ręce szczoteczka okropnie drapała skórę. 
  


Co się zmieniło?
Po jakimś miesiącu używania szczoteczki w tych mniej wrażliwych miejscach końcówka do ciała stała się na tyle miękka, że z powodzeniem mogłam jej używać już wszędzie - nie tylko w tych mniej wrażliwych miejscach, ale również na skórze dekoltu, brzucha czy rąk. Co najważniejsze - minął już bardzo długi czas, odkąd ją posiadam, a szczoteczka przy stosowaniu około 2 razy w tygodniu, w ogóle nie zmieniła swojego wyglądu - ani się nie odkształciła, ani nie zmieniła koloru. Jestem zachwycona tym, że dalej wygląda jak nowiutka. Dzięki stosowaniu jej w połączeniu z żelem pod prysznic, mam wrażenie że moja skóra jest jeszcze bardziej oczyszczona, miękka, elastyczna i jędrna. Taki masaż szczoteczką wielokrotnie zastąpił mi peeling :) 


Końcówka do twarzy również po jakiś 2 miesiącach stosowania stała się przyjemna w użyciu i całkowicie przestała podrażniać moją skórę. Początki były ciężkie, często włączałam ją na dłoni, by jak najszybciej ją ''zmiękczyć", ale warto było - teraz szczoteczka ta sprawdza się po prostu rewelacyjnie. Każde umycie nią twarzy owocuje w taki efekt, jakbym nałożyła na twarz porządnie oczyszczającą maseczkę. Skóra jest gładka, promienna, a pory mniej widoczne i dokładnie oczyszczone. Zdecydowanie rzadziej pojawiają się jakieś czerwone krostki (będące efektem przytkanych porów). Kondycja mojej cery znacznie się pojawiła i jestem pewna, że nie osiągnęłabym tak rewelacyjnych zmian bez tej szczoteczki. I chociaż po miesiącu stosowania moja recenzja była negatywna, teraz mogę z całą pewnością polecić tą szczoteczkę! Miejcie tylko świadomość, że na początku może się okazać nieco zbyt twarda i ostra, ale warto przeczekać ten czas!

W Rossmannie kupicie ją za obecnie za 94,99 zł, ale w promocji często można spotkać ją znacznie taniej :)