3 lutego 2015

Przeczytane w styczniu - 52 books challenge


Od zawsze kochałam książki - już moje wczesne dzieciństwo było przepełnione ich zapachem, a każdy dzień kończył się wspólnym czytaniem z mamą, które do dzisiaj wspominam. Wiem, że już jako czteroletnia dziewczynka zaczęłam sama czytać książki, bo wciąż było mi mało. Nawet wtedy gdy po czytaniu książki przez naszą przedszkolankę wszystkie dzieci biegły się bawić, ja koniecznie chciałam wiedzieć, co będzie dalej. I wtedy było już wiadomo, że książki będą ogrywały ogromną rolę w moim życiu. Nigdy nie zapomnę też mojej pierwszej przyjaźni z dziewczynką z przedszkola, która tak samo jak ja kochała czytać i z którą już jako nieco starsza biegałam do osiedlowej biblioteki dla dzieci i młodzieży, by tam spędzić czas między regałami, wybierając idealne dla nas pozycje, a także aż do zamknięcia siedzieć w czytelni. I tak co drugi czy trzeci dzień, bo wypożyczone książeczki pochłaniałyśmy błyskawicznie, leżąc na moim balkonie ;)

Dziś książka jest ze mną zawsze w podróży (to właśnie z książkami kojarzą mi się wakacyjne wyjazdy i okropnie ciężkie walizki, bo obowiązkowo zabieranych 5-6 książek jednak bardzo dużo waży...), a przede wszystkim na co dzień - zawsze w torebce, w tramwaju, w przerwie między zajęciami, często także w pracy (oj tak, taka praca w której można czytać to skarb!). 

W te święta od rodziców dostałam elektroniczny czytnik książek Kindle - moje marzenie :) Widać, kto na tym świecie zna mnie najlepiej ;) Mimo że zapach książek zawsze mnie uzależniał, a trzymanie ich w dłoni było wspaniałym uczuciem, to jednak z radością przeskoczyłam na to urządzenie - bo mogę mieć je zawsze ze sobą, bez dodatkowego ciężaru, a co za tym idzie mieć przy sobie niejedną książkę w tym samym momencie (np. gdy wyjeżdżam, czy jestem już przy końcu książki i wiem, że będę szybko potrzebowała następną). Co ciekawe, okazało się że znacznie szybciej dzięki niemu czytam, a w dodatku książki nie zajmują mi miejsca na półkach. 

A że otrzymanie przeze mnie urządzenia zbiegło się z ogłoszeniem popularnego wyzwania 52 books challenge, koniecznie musiałam je podjąć :) Dziś podsumowanie, jakie książki udało mi się przeczytać w styczniu.

Po poprzednim roku przesyconym antyutopiami, serią o wojnie (Jutro) i fantastyką, chętnie sięgnęłam po kilka książek z miłością na pierwszym planie.


Richard Paul Evans - Stokrotki w śniegu
Ile rzeczy, które zrobiliśmy lub powiedzieliśmy naszym bliskim, chcielibyśmy cofnąć, wiedząc jak bardzo ich one zraniły? Drobne sprzeczki, niepotrzebne kłótnie, rzucone bezmyślnie uwagi... A może moglibyśmy chociaż wyeliminować jakieś nasze drobne zachowania, by być lepszym człowiekiem dla otaczających nas ludzi?

Główny bohater książki, James Kier, ma wiele takich błędów na sumieniu - i to błędów dużo poważniejszych. Czas świąt Bożego Narodzenia całkiem przypadkowo staje się okresem, w którym chce on wszystko zmienić i wynagrodzić krzywdy, jakie uczynił nie tylko swoim najbliższym.

"Stokrotki w śniegu" to według mnie obowiązkowa pozycja na święta. Opowiadająca o miłości, błędach, odkupieniu, przebaczeniu i drugich szansach powieść całkowicie stopiła moje serce, wzruszyła mnie i skłoniła do refleksji. To po prostu książka, która w magiczny sposób przypomina o tym, co najważniejsze.

Colleen Hoover - Hopeless
Dość dawno temu zaintrygowała mnie jej okładka i pierwsze miejsce w bestsellerach na dziale ''dla młodzieży'' w Empiku. I chociaż do młodzieży już raczej nie należę :( to jednak skusiłam się, ciekawość wygrała. I warto było - "Hopeless" to wyciskająca łzy historia, którą pochłania się jednym tchem. I chociaż muszę przyznać, że niektóre romantyczne momenty trochę mnie drażniły, gdyż wydawały mi się wydumane, sztuczne i przesłodzone, to jednak historia głównej bohaterki, tak bardzo poruszająca i wstrząsająca, wymazała to lekkie zniesmaczenie wspomnianymi wyżej scenkami. Ostatecznie uznałam, że to była jedna z tych książek, które pamięta się bardzo długo. Z niecierpliwością czekam na kolejną część, która pojawi się na rynku już w tym miesiącu.



Colleen Hoover - Pułapka uczuć
Sięgnęłam po nią od razu po "Hopeless", mając nadzieję na równie poruszającą historię. Chociaż po kilkunastu pierwszych stronach znów byłam dość rozczarowana natłokiem przesłodkich momentów i obawiałam się, że książka ta okaże się miłosną opowiastką dla nastolatków, to jednak brnęłam dalej i znowu tego nie żałowałam. Historia miłosna bowiem zeszła tak naprawdę na nieco dalszy plan, a wachlarz tematów tej książki bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Miłość matki i córki, miłość brata i siostry, strata ukochanej osoby, poświęcenie, żałoba, podążanie za głosem serca pomimo przeciwności losu... A to wszystko przeplatane poezją, która warta jest każdej sekundy poświęconej na tę książkę. Colleen Hoover po raz kolejny udowodniła mi, że nie warto się szybko poddawać - nie tylko w życiu, ale także jeśli chodzi o czytanie książki ;)

Cecelia Ahern - Love, Rosie
Marzenia są cudowną sprawą - snucie planów na przyszłość, wyobrażanie sobie pierwszej miłości, pierwszego pocałunku, upragnionych studiów, pierwszego samodzielnego mieszkania, pierwszej pracy, szczęśliwego małżeństwa, wspaniałego maleństwa... Myślę, że większość z nas od małego wyobrażała sobie wszystkie te etapy swojego życia, nierzadko również dokładnie określając, jak będą one wyglądały, kiedy i w jakim miejscu na Ziemi nastąpi każdy z nich. Te marzenia to naprawdę piękna rzecz - są dla nas ciągłym wyzwaniem i motywacją, kierunkowskazem dokąd powinnyśmy zmierzać, a także miarą sukcesów, gdy rzeczywistość okazuje się z nimi spójna.

A gdy tak się nie dzieje?

"Love, Rosie" nauczyło mnie, że wtedy życie jest tak samo piękne. I nawet gdy wszystko dzieje się zupełnie przeciwnie z naszymi wyobrażeniami, a my mamy wrażenie, że wszystkie szanse uciekają nam między palcami - to zupełnie naturalna rzecz. Naturalna i piękna jednocześnie, bo przynosząca zupełnie inne, zaskakujące wydarzenia. A to właśnie one mogą okazać się dla nas najcenniejsze.


A jak tam u was czytelnicze osiągnięcia? Czytałyście coś ciekawego? :)

30 stycznia 2015

Dermedic Normacne - preparat punktowy na wypryski

Każda z nas ma przynajmniej jeden kosmetyk, którego obecność docenia w awaryjnych momentach. Taki, który przez większość czasu po prostu sobie gdzieś grzecznie leży i czeka, aż będziemy go na gwałt potrzebowały. Jednym z tego typu produktów jest preparat punktowy na wypryski. W moim przypadku nie jest to absolutny niezbędnik, gdyż moje problemy z cerą, jeśli chodzi o przykre niespodzianki, ograniczają się na szczęście tylko do bardzo sporadycznych, drobnych, czerwonych krostek. Na tyle sporadycznych, że gdy już się pojawiały, zwykle nic z nimi nie robiłam, bo po prostu już od dawna nie miałam w swoich zbiorach żadnego kosmetyku, którym mogłabym przyspieszyć ich gojenie. Odkąd jednak w moje ręce wpadł preparat punktowy Dermedic Normacne, zaczęłam niezwykle cenić sobie jego działanie.

 


Przede wszystkim, przy wieczornej pielęgnacji cery, nakładam go w te miejsca, gdzie pod skórą widzę małe grudki - u mnie zawsze nim pojawi się krostka, najpierw widoczny jest taki lekko zatkany por pod skórą - jeszcze nie czerwony, jeszcze nie wystający, ale już wiadomo, że coś się niedobrego szykuje ;) Dlatego właśnie w te miejsca od razu aplikuję odrobinę preparatu punktowego i zostawiam na noc. Dzięki temu ograniczyłam pojawianie się krostek i wyprysków na mojej cerze do minimum, co jest dla mnie zachwycającym efektem. Preparat ten znakomicie radzi sobie z oczyszczaniem tych przytkanych porów. Stosowanie go jest niezwykle proste - wygodna tubka pozwala nam na nałożenie preparatu w miejsce tego wymagające nawet bez brudzenia sobie dłoni, a kosmetyk ten bardzo szybko się wchłania. 


Zdarza się jednak, że takie zapobieganie nie wystarczy, a niektóre uparte pory i tak przemienią się w czerwoną, widoczną krostkę. Wtedy od razu przystępuję do działania, nakładając warstwę preparatu jak zwykle na noc, a jeśli mam taką możliwość (nie mam makijażu, jestem w domu itp.) również powtarzam czynność rano lub w ciągu dnia. Tak potraktowany wyprysk goi się bardzo szybko - już po pierwszym użyciu przestaje być bolesny i lekko się podsusza. Po dwóch dniach zazwyczaj prawie nie czuć go pod palcem, a po trzecim dniu już prawie wcale nie jest widoczny. Nie raz uratował mnie przed większym wyjściem, imprezą, planowanymi zdjęciami, błyskawicznie usuwając przykrą niespodziankę z mojej twarzy.


Myślę, że nawet jeśli nie mamy trądziku, a tylko co jakiś czas pojawia się na naszej twarzy drobna, pojedyncza krostka, warto mieć ten preparat pod ręką, by czuć się jeszcze pewniej i jeszcze piękniej, a w razie konieczności od razu zadziałać :) Ciekawa jestem, jak sprawdzi się u osób z bardziej widocznymi problemami skórnymi - jeśli stosowałyście, dajcie koniecznie znać!

Dostępność...
Jeśli chciałybyście się skusić na ten preparat punktowy i przekonać się, czy i u was zda on egzamin, tutaj możecie sprawdzić gdzie najbliżej waszego miejsca zamieszkania znajduje się apteka, w której dostępne są kosmetyki Dermedic. Wystarczy wpisać kod pocztowy lub województwo. Na tej samej stronie znajdziecie również odnośnik do aptek internetowych, gdzie możliwe są zakupy on-line. 
http://www.dermedic.pl/

27 stycznia 2015

Original Source Coconut - rajski i słodki żel pod prysznic

W końcu mogę stwierdzić, że naprawdę lubię Original Source, mimo wcześniejszej niechęci do tych kosmetyków. W zasadzie nie wiem, co mi w nich nie pasowało - być może to design opakowania sprawiał, że nie ciągnęło mnie ani trochę do tych żeli pod prysznic czy płynów do kąpieli. Pierwszym powodem, dla którego polubiłam Original Source był żel pod prysznic Karambola, o którym pisałam tutaj. Dzisiaj prezentuję wam drugi dowód na to, że warto skusić się na żele tej marki, a mianowicie żel pod prysznic Original Source Coconut.

 
Co tu dużo mówić - żel ten pachnie po prostu obłędnie kokosowo. Jest słodki, intensywny, otulający - idealny do wieczornej kąpieli. Wycisza, koi, a jego słodycz pozostaje na naszej skórze jeszcze kilka godzin po kąpieli. Jego konsystencja jest bez zarzutu - łatwo się rozprowadza po ciele, nie spływa z dłoni, wytwarza przyjemną i delikatną piankę. Skóra jest dobrze oczyszczona i całkiem nieźle nawilżona jak na żel pod prysznic. Tak duża butla (500 ml) starczy nam na naprawdę długo, gdyż jego wydajność jest bardzo zadowalająca. Pamiętam, że nawet gdy miałam go w wakacje, kiedy to nie wyobrażałam sobie dnia bez nawet trzech pryszniców, i tak końca żelu nie było widać :) Swoją drogą bardzo lubię go za to, że rewelacyjnie pasuje mi na upalne, letnie dni, kiedy to rozbudza mnie i daje poczucie świeżości, a także zimą, kiedy to jest otulający i kojący. Ot, taki idealnie uniwersalny żel, po który mogę bez znudzenia sięgać przez cały rok.
 

Które zapachy Original Source należą do waszych ulubionych?

20 stycznia 2015

Bielenda CC Magic Nails Diamond Extreme 10w1 - utwardzająca odżywka do paznokci z diamentem

Dzisiaj zapominamy o wszystkich domowych obowiązkach, o głodnych brzuchach naszych domowników, o kurzu na półkach, który prosi się o naszą uwagę... Dziś szofer nas zawozi do pracy, a prywatny kucharz przygotuje ulubione potrawy. No bo, drogie panie, mamy odżywkę do paznokci z diamentem! Która kobieta, nakładająca na paznokcie sproszkowany diament, zajmowałaby się takimi błahymi sprawami?


A tak na serio - czy odżywka do paznokci Bielenda CC Magic Nails Diamond Extreme 10w1 to kolejny produkt 'do wszystkiego, czyli do niczego', czy jednak kosmetyk warty naszej uwagi?

Producent obiecuje nam wiele. Nie jestem chyba jedyną osobą, której pierwszą myślą jest to, że obietnic tych jest zbyt wiele, by mogły być prawdziwe. Dzisiaj robię więc odżywce Bielenda CC Magic Nails prosty(?) egzamin - 10 zadań, do których gotowość sama przecież zadeklarowała. Sprawdźmy, jak sobie poradziła na moim teście :)

1 - utwardza płytkę
2 - zwiększa odporność na uszkodzenia
3 - zmniejsza podatność na pękanie, rozdwajanie i łamliwość
4 - wzmacnia 
= nie oszukujmy się, te 4 właściwości to w zasadzie jedno i to samo, zapisane innymi słowami
Na początku stosowania bardzo ciężko było mi zauważyć jakąś zmianę - nigdy nie miałam problemu z łamliwymi, miękkimi czy kruchymi paznokciami, a i wydaje mi się zupełnie naturalnym, że takiej właściwości po krótkim okresie testowania ocenić nie sposób. Dlatego niezwykle cieszę się, że zostawiłam sobie ten kosmetyk do oceny na później, przez co mogłam stosować go przez 4 miesiące. Po tym czasie zdecydowanie mogę powiedzieć, że odżywka ta faktycznie utwardza płytkę. Nawet podczas noszenia różnych ciężkich rzeczy i prac remontowych moje paznokcie nie łamały się, nie rozdwajały, nie powstały na nich żadne rysy czy ubytki. Paznokieć był twardy, odporny na trudne warunki i jest to właśnie zasługa tej odżywki. 

5 - zwiększa wytrzymałość lakieru do paznokci

Zgadza się - gdy tylko użyłam tej odżywki jako bazy pod kolorowy lakier do paznokci, utrzymywał się on na nich nawet o 2 dni dłużej bez ścierania się końcówek. Ewentualne odpryski odżywka zredukowała do minimum. 

6 - nadaje piękny diamentowy połysk

Paznokcie może nie lśnią jak prawdziwy diament (zaraz zaraz, czy ja kiedykolwiek z bliska na żywo widziałam jakiś diament?...), ale z pewnością nabierają efektownego, zdrowego blasku. Często zdarzało mi się nosić na paznokciach tylko tę odżywkę, bez żadnego wierzchniego lakieru - i powiem szczerze że paznokcie i tak wyglądały na bardzo zadbane i zdrowe. 

7 - efekt wyrównania i wygładzenia płytki

Są takie odżywki, które nawet bez wcześniejszego użycia polerki tak bardzo wygładzają płytkę paznokcia, że można by się po niej na łyżwach ślizgać. Nie czuć żadnych zrogowaceń, wypukłości, chropowatości. Powierzchnia paznokcia jest po nich idealnie równa i gładka jak tafla lustra. Niestety, odżywka ta do takich nie należy. Po polerkę sięgnąć warto, bo CC Magic Nails Diamond Extreme raczej samo nie zapewni nam idealnie wyrównanej płytki.

8 - poprawia estetykę i wygląd paznokci
Jak już wyżej wspomniałam, blask który nadaje odżywka faktycznie prezentuje się bardzo estetycznie. Miałam jednak już styczność z takimi odżywkami, które dawały efekt manicure francuskiego - szczególnie te mleczne, półprzezroczyste preparaty. Ta odżywka jest idealnie przezroczysta i efektu paznokci od kosmetyczki niestety nam nie zagwarantuje, ale po pewnym czasie używania jej paznokcie faktycznie wyglądają znacznie lepiej. Jeśli w ten sposób rozpatrujemy tę obietnicę, to nie jest ona rzucona na wiatr.

9 - łatwo się aplikuje

Oj co to, to nie. Na pewno nie w przypadku mojego egzemplarza, gdzie pędzelek musiałam sobie poprawić nożyczkami, gdyż był nierówny, wystrzępiony i zawsze przy malowaniu niektóre włoski się z niego wyginały i rozmazywały odżywkę po skórkach. Po tej poprawce jest już ok i być może to tylko wina mojego egzemplarza, ale wspomnieć o tym musiałam.

10 - szybko schnie

Mała poprawka - schnie błyskawicznie :) Za to ma u mnie ogromny plus!




Podsumowując, mimo małych potknięć i niepotrzebnego rozdzielenia obietnic na aż 10 osobnych właściwości (które w większości znaczą prawie to samo, a ich ilość sprawia, że odżywka traci na wiarygodności w naszych oczach), zdecydowanie mogę polecić ten preparat - szczególnie, jeśli planujemy go używać dłużej, w miarę regularnie. Odżywka po pewnym czasie zaczyna przynosić widoczne efekty, pomaga nam utrzymać zdrowy i estetyczny wygląd paznokci, a także chronić je przed uszkodzeniami. W bonusie mamy ładny blask i przedłużenie trwałości lakieru. Jak dla mnie bardzo dobry produkt, po który warto sięgnąć nie tylko, gdy ma się problemy z niewystarczającą twardością paznokcia.